sobota, 7 grudnia 2019

1.Although that sounds dumb, words are futile devices.

♕♕

AURORA


-Pssst! - wychylam głowę zza drzwi mojego pokoju jeszcze bardziej do przodu. Nic. -Psssst! 
Gwardzista Hazelton w końcu się odwraca. Jego wzrok automatycznie pada na moją sylwetkę, a po chwili patrzy przed siebie. Tężeje na chwilę. Prostuje się i odchrząkuje.
-Tak jest wasza wysokość? Jest jakiś problem? 
Zerkam w kierunku, który jeszcze przed chwilą przykuwał jego spojrzenie. Gwardzista Wesley mija nas, kiwnięciem głowy.
-W moim pokoju jest olbrzymi pająk. - wymyślam na poczekaniu. - Proszę, żeby się pan tym zajął.
-Tak jest księżniczko. - kiwa głową, po czym wchodzi do mojego pokoju wciąż wyprostowany. Kiedy zamykam za nami drzwi, zaczynam chichotać.
-Czasami bywasz naprawdę nieostrożna Auroro. Wiesz o tym, że wieczorny obchód jest najbardziej oblegany i mogą nas złapać.
-Od tego, żeby być ostrożnym mam ciebie. - stukam palcem w jego klatkę piersiową, na co kręci głową, ale uśmiecha się w końcu z błyskiem w oku.
-Nie mogę ci się oprzeć. Za każdym razem.
-Wiem. - uśmiecham się równie nonszalancko. Zbliżam się do niego i częstuję jego wargi długim, intensywnym pocałunkiem. Odsuwa się ode mnie na chwilę.
-Ale następnym razem musisz wymyślić coś bardziej innowacyjnego. Obsługa pałacu ma zamiar wezwać specjalne służby, po tym jak chodziły pogłoski, że w twoim pokoju pojawiają się chrząszcze, modliszki, a nawet myszy. Teraz trzeba dodać do tej listy jeszcze pająki. - zerka na mnie spojrzeniem mówiącym mi, że jestem naprawdę mało pomysłowa.
-Mam wiele świetnych pretekstów, ale zawsze zaczynam się stresować i o nich zapominam więc muszę wymyślać coś w trzy sekundy. Ciekawe co ty zrobiłbyś na moim miejscu! - mówię już lekko naburmuszona i do tego wszystkiego jeszcze brakuje, żebym tupnęła nóżką i wydęła wargi jak mała, obrażona dziewczynka.
-Chodź tu. - bierze mnie za rękę i prowadzi w stronę mojego łóżka. Po chwili sadza mnie sobie na kolanach, intensywnie wpatrując się w moje dłonie. Zaczyna je lekko smyrać, a jego dotyk dociera w najmniejsze zakamarki mojego ciała.
-Wiem, że denerwujesz się przed jutrzejszym dniem, ale musisz jakoś to przetrawić.
-Ale ja nie chcę tego przetrawiać. Ja nawet nie chcę tego smakować! Nie mam nawet ochoty witać tych sztywniaków!
-Skąd wiesz, że są sztywniakami? 
Patrzę na niego, jakby odpowiedź była oczywista.
-Bo mój ojciec miał ogromny wkład w ich wybór? 
-Nie przesadzaj. Może są całkiem interesujący. I na pewno wszyscy szaleją za tobą, skoro zdecydowali się wysłać zgłoszenie.
-Jasne! Bo przecież w prezencie dostają tylko mnie, a całe królestwo to tylko mały dodatek niewarty nawet uwagi.
Wywracam oczami.
Śmieje się.
-Mówię tylko, żebyś dała im szansę.
Zerkam na niego, marszcząc znacząco czoło.
-Wiesz, jak na kogoś kto głosi, że jestem tylko jego i notorycznie wyznaje mi miłość, to nie widzę, żebyś się o mnie jakoś konkretnie starał. Po czyjej jesteś stronie?
-Oczywiście, że po twojej, ale dobrze wiesz, że użalanie się nad sobą i brnięcie w coś, co nigdy nie będzie miało racji bytu jest kompletnie bezcelowe.
-Czyli to… - wskazuje na nasze sylwetki. -My. To bezcelowe.
-Nie to miałem na myśli. - wstaje. Widzę tył jego pleców. Chodzi po pokoju, a różnorakie myśli zapewne intensywnie błąkają po jego głowie. 
Znam go praktycznie od zawsze. Rodzina Hazelton służy królestwu w wieloraki sposób od wielu pokoleń. Matka Luciana zmarła kiedy był jeszcze małym chłopcem, natomiast jego ojciec odszedł od nas niecałe dwa lata temu. Lucian po tym zdarzeniu zdecydował się dołączyć do gwardii królewskiej i dzięki miesiącom treningów i przygotowań, stał się jednym z najlepszych gwardzistów, jakich mamy na terenie królestwa. Dlatego po tak długim czasie naszej relacji, jestem w stanie powiedzieć o nim wszystko. Po jego jednym spojrzeniu jestem w stanie ocenić, że go coś boli, że na zamku robi się niebezpiecznie, że się o mnie martwi, że mnie pragnie, że mnie kocha i wiele innych emocji, które dla innych są zapewne na pierwszy rzut oka kompletnie niezauważalne. 
Teraz widzę, że bije się z własnymi racjami, bo tak naprawdę nie jest w stanie zrobić nic, żeby zmienić rzeczywistość.
-Przepraszam. - mówi, odwracając się w końcu do mnie przodem. Wstaję, i podchodzę do niego, przytulając się szczelnie do jego ciała. - Chodzi o to, że twój ojciec nigdy mnie nie zaakceptuje. Nigdy nie zaakceptuje NAS.
-W takim razie uciekniemy. - patrzę na niego z dołu, opierając brodę na jego klatce piersiowej. Z tej perspektywy, kiedy jestem boso, jest ode mnie wyższy o conajmniej trzy głowy, a ja uwielbiam to ujęcie. - Nie zależy mi na władzy. Ani na poparciu ojca.
-Nie wiesz co mówisz. - kręci głową. - Zależy ci na poparciu ojca. Bardziej niż chcesz to przyznać.
-Może i tak. Ale zrozum, że noszenie korony jest dla mnie bezużyteczne, kiedy nie mogę iść z tobą przez życie.
-Zawsze będę obok ciebie. Cokolwiek się nie stanie.
Kiedy myślę teraz o tym wszystkim i o tym co mnie czeka, ból który pojawia się w moim sercu jest także widoczny na mojej twarzy. Przytulam twarz do jego torsu, intensywnie wchłaniając jego zapach. Łzy wzbierają się w moich oczach, a ja nie mogę poradzić nic, choćbym tak bardzo chciała zmienić przyszłość.
-Nie chcę żebyś był obok. Chcę żebyś był ze mną.
Czuję jak całuje mnie w czubek głowy, delikatnie gładząc moje włosy.
-I love you my Black Swam. - mówi do mnie słowami, które niegdyś wychodziły tylko z jego ust, aż do momentu kiedy stałam się czarnym łabędziem dla całego kraju. Jednak ten pseudonim wydaje mi się wyjątkowy tylko wtedy, kiedy właśnie on go wymawia. 
-Forever.
-And I love you my Gallant Hummingbird. Forever.


Moja suknia wisi kilka metrów dalej ode mnie. Patrzę na nią bez jakichkolwiek emocji. Do góry nogami wydaje się jeszcze dziwniejsza. Czuję jak krew zaczyna docierać do mózgu. Okropny stan, mimo tego zostaję w tej pozycji.
Puk puk.
Głowa Matildy wynurza się zza drzwi. Marszczy czoło, patrząc na mnie jak na dziecko. Pomimo, że ja jestem tą starszą, mam wrażenie, że ona zdecydowanie częściej zachowuje powagę choć dzieli nas tylko rok różnicy.
-Co robisz?
-Leżę. - odpowiadam krótko.
-Dlaczego twoja głowa zwisa z łóżka?
-Bo tak mi się lepiej myśli. 
-Hmm… - siada obok mnie. Kładzie dłonie na kolanach i pochyla plecy do przodu, żeby lepiej mnie widzieć. - A o czym myślisz?
-Myślę… Ile prześcieradeł będzie mi potrzebnych, żebym mogła uciec przez okno. I czy zawiążę je na tyle mocno, by mogły mnie utrzymać.
-Na moje oko…. - zastanawia się intensywnie. - Jakieś trzynaście prześcieradeł, a co do utrzymania może być ciężko. Masz strasznie mało siły w rękach. Wydaję mi się, że nie dasz rady ich dobrze związać.
Podnoszę się z impetem i zdaję sobie sprawę, że był to koszmarny pomysł. Kręci mi się w głowie jeszcze przez kilka chwil.
-Zamień się ze mną, proszę! - oczywiście mam na myśli Eliminacje.
-Gdybyśmy były bliźniaczkami to może jeszcze by to przeszło. Ale ja jestem Matilda, a ty jesteś Aurora. Twoje oczy są brązowe, moje zielone. Twoje piersi przypominają morele, a moje arbuzy. Twoje…
Przerywam jej.
-Wcale nie przypominają moreli. - oburzam się, automatycznie zerkając na moje piersi. - Jak już, to dorodne brzoskwinie.
-Oh, tak. Może od razu pomarańcze. - kpi ze mnie. 
-Mogą być i pomarańcze. - odpowiadam dumnie.
Zaczynamy chichotać.
-Przyszło nam żyć w rodzinie, w której nie mamy praktycznie nic do powiedzenia. Ja mam już narzeczonego. Jeśli cię to pocieszy, nawet nie mogłam go sobie wybrać. Ty przynajmniej masz okazję poznać dziesięciu facetów i ocenić czy którykolwiek z nich do ciebie pasuje. A jeśli pasuje? - lekko się uśmiecha, dodając mi otuchy. - Wyobraź sobie jak wielkie szczęście cię spotka.
Matilda ma rację. Jak zawsze zresztą. Moja siostra jest w o wiele gorszej sytuacji niż ja. Od zawsze wiedziałyśmy, że przyjdzie dzień, w którym będą mnie czekać eliminacje i wybór przyszłego króla, a mojego męża. Los dla Matildy nie był jednak aż tak łaskawy. Jej mąż został dla niej wybrany jeszcze przed tym jak się urodziła. I praktycznie nieistotne było jak będzie wyglądał, czy jej się spodoba, czy będą kompatybilni, czy w ogóle będą się lubić? Najważniejsza była jego pozycja i ród z którego się wywodzi. A ten, wierzcie mi, jest naprawdę do pozazdroszczenia.
Szkoda tylko, że dla nas nie ma to kompletnie żadnego znaczenia.
Ale tak musi być.
Tak po prostu musi być.


Pierwszy biuletyn telewizyjny Eliminacji zaczyna się za dziesięć minut. Trochę się denerwuję, bo nie przywykłam do tego, że kamery będą chodzić za mną aż tak często.
Oczywiście mam doświadczenie w konferencjach prasowych i wystąpieniach na żywo, ale zazwyczaj dotyczyło to raczej politycznych spraw. Nikt nigdy nie musiał patrzeć na to, jak radzę sobie na randkach i jak zachowuję się w towarzystwie mężczyzn, które mają zamiar walczyć o „moje serce”. 
Tak. Dobre sobie.
Jeśli moim sercem jest ten ogromny zamek, to faktycznie. Wiele rzeczy by się zgadzało.
Anna poprawia mi makijaż. Po raz pierwszy przyglądam się jej dokładnie, będąc pod wrażeniem jej delikatnych rysów twarzy i dziewczęcej urody.
Jest tylko moją pokojówką, ale czy to czyni ją gorszą ode mnie?
Ona tak samo jak ja mogłaby wyjść zaraz na tron i wybierać spośród tych wszystkich kandydatów i sądzę, że każdy z nich byłby równie zadowolony walcząc o jej względy.
Przez chwilę żałuję, że to ja nie mogę być pokojówką.
Służyłabym księżniczce i nie musiałabym się martwić o żadne poważne sprawy.
Wtedy mogłabym wyjść za Luciana i wieść szczęśliwe życie.
Ale nie.
Ja musiałam się urodzić księżniczką, i dlatego moje życie zaraz obróci się w największy koszmar.
-O czym wasza wysokość tak intensywnie duma? - uśmiecha się do mnie, dmuchając lekko w moje oko. - Cień… - tłumaczy.
-Myślę o tym jak wspaniale wyglądałabyś będąc na moim miejscu.
-To bardzo szlachetne, co panienka mówi, ale obie wiemy, że nigdy nie będę dorastać panience do pięt.
Uśmiecham się delikatnie myśląc o tym jak bardzo się myli.
-Gotowe! Wygląda panienka obłędnie! - komplementuje mnie.
Felicity i Marie pojawiają się znikąd, zdumione moim widokiem. Dokładają jeszcze ostatnich starań by poprawić mi suknie. 
Patrzę w lustro, kiedy Marie układa na mojej głowie koronę. 
Jestem Aurora Landcaster i zaraz poznam swojego przyszłego męża.
Bynajmniej pozwolę im wszystkim myśleć, że tak właśnie jest.




Cała rodzina królewska zajmuje miejsce na środku wysokiego parkietu. Na środku siada oczywiście Król. Po jego prawej stronie matka, a obok niej mój brat Nikolai. Ja natomiast zajmuję (a raczej miałam z góry narzucone zajęcie) miejsce koło ojca. Matilda zasiada po mojej lewej strony i dziękuję Bogu, że może być tak blisko mnie, bo pomimo, że nawet się nie dotykamy wyczuwałam jej wsparcie niewerbalnie.
Mamy idealny widok na zebranych dzisiejszego wieczora gości. Są z nami wszystkie ważne osobistości, które są bliskie królestwu oraz mojemu ojcu, a także kandydaci, którzy zajmują miejsce w pierwszym rzędzie. Gdzieś w oddali dostrzegam również Valerie, moją jedyną przyjaciółkę, nie licząc Matildy. Patrzy na mnie z uśmiechem, pokazując ściśnięte kciuki w górze. Cieszę się, że może być ze mną w tak (ku zdziwieniu wszystkim) trudnych chwilach.
Nagle rozlega się hymn, a na malutkich ekranach rozstawionych na sali ujawnia się godło Belavi. Poprawiam się, żeby usiąść prosto. Teraz spojrzenia wszystkich skierowane są właśnie w moją stronę, a ja nie mam zamiaru pokazać ani zwątpienia ani tego, jak bardzo ta sytuacja jest dla mnie niewygodna.
Oni się dowiedzą.
Ale jeszcze nie teraz.
Gwardziści całymi rzędami wychodzą z góry sali, by po chwili ustawić się po bokach parkietu. Mimowolnie zerkam w stronę Luciana. Jak zwykle wygląda wspaniale w swoim mundurze, ale w tym momencie żałuję, że nie mogę go zobaczyć w jednym z tych pięknie skrojonych garniturów, które mają na sobie mężczyźni przede mną.
Król wita się z tłumem i relacjonuje ostatnie wydarzeniach, które miały miejsce w kraju. Następuje też kilka innych komunikatów, które staram się śledzić, chociaż przychodzi mi to z trudem. W tym momencie nie jestem się w stanie skupić absolutnie na niczym.
Kiedy mój ojciec kończy swój wykład, na scenie pojawia się Malcolm. To on będzie głównym wodzirejem Biuletynów oraz organizatorem całych Eliminacji. 
-Dobry wieczór wszystkim! Dzisiaj, po raz pierwszy od dwudziestu-pięciu lat, zaczynamy kolejne w historii królestwa Eliminacje. Dziesięciu kandydatów będzie starało się o serce księżniczki Aurory, uzyskując tym samym miano króla Belavi. Dziś nastąpi oficjalne przywitanie, a już w przyszłym tygodniu postaramy się poświęcić większość Biuletynu na przybliżenie sylwetek tych dziesięciu niezwykłych, młodych mężczyzn. Zanim jednak przedstawimy kandydatów, zajmiemy chwilę głównej bohaterce Eliminacji. Jak się dzisiaj miewa wasza wysokość? - kieruje do mnie słowa.
Czuję, że na moich skroniach pojawiają się kropelki potu. Jestem w stanie siedzieć tutaj i ładnie wyglądać, ale nie przypuszczałam, że będę dzisiaj odpowiadać na jakiekolwiek pytania, lub co gorsza, wygłaszać poważniejsze mowy.
-Doskonale, dziękuję.
-A jak się podoba waszej wysokości nowe towarzystwo, które przez następne kilka tygodni lub nawet miesięcy, będzie księżniczce towarzyszyć?
-To będzie dla mnie prawdziwa przyjemność poznać tych wszystkich dżentelmenów, a królestwo jest niezmiernie zadowolone z faktu, że możemy ich gościć. Mam nadzieję, że będą się czuli tutaj fantastycznie.
-Niewątpliwie tak będzie. Czy wasza wysokość ma dla nich jakąś radę przez tym, aż złożą pocałunek na twojej dłoni?
-Tak. - odzywam się i przez chwilę milczę. - Niech będą sobą, a czas spędzony w królestwie wykorzystają na tyle, ile się da. 
Bo dopóki tu jeszcze są, to ja gram główne skrzypce. 

***

Black Swam Czarny łabędź
Gallant Hummingbird Waleczny koliber

ŁABĘDŹ - PIĘKNO, SIŁA WYRAZU, PRZEMIANA, INTEGRACJA. Łabędź przynosi inspirację. Upomina, aby obudzić artystyczną część duszy i ukazać jej piękno światu. Obdarza umiejętnością wyrażania się w ciszy, odwagą i wytrwałością. Charakteryzuje się wrażliwością i dobrem. Przestrzega przed brakiem wiary w siebie, lękiem, głębokim smutkiem i zwlekaniem z realizacją swych marzeń.

KOLIBER - GŁOS SERCA, RADOŚĆ, WOLNA ENERGIA. Koliber przychodzi jako posłaniec serca. Głosi by żyć w radości, pięknie i harmonii.

Przestrzega przed próżnością, nieustannym stresem i brakiem spokoju.

♕♕

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz