piątek, 13 grudnia 2019

3.I'd like to change my point of view, I feel so lonely, I'm waiting for you.

♕♕
AURORA


Zaczynam nowy dzień z pozytywnym nastawieniem. Na pewno bardziej pozytywnym niż wczoraj. Postanowiłam, że nie będę robić fochów i pokazywać, że eliminacje są aspektem, który szczerze mi przeszkadza. W zasadzie ci mężczyźni nie są niczemu winni, więc nie powinnam być dla nich nie miła. Przynajmniej na razie muszę grać pozory, że ich obecność tutaj mi bardzo odpowiada. Kiedy nadejdzie właściwy czas, opowiem o wszystkim co tak naprawdę siedzi mi w głowie i o tym co planuję od bardzo dawna. 
Mój tatuś bardzo się zdziwi.
Tymczasem zmierzam do sali muzycznej by poćwiczyć grę na fortepianie. Wpadam na mojego brata, który również idzie w tym samym kierunku co ja.
-Co ty masz na sobie? - pytam rozbawiona.
-No co? - patrzy na mnie zdziwiony, spoglądając na swoje ubrania.
-Jeansy. - kituję go wzrokiem. - Jeśli ojciec cię zobaczy, dostaniesz niezłą reprymendę. Wiesz jak bardzo nie lubi, kiedy ktoś chodzi tutaj w jeansach.
-JEŚLI, ojciec mnie zobaczy. To dobre słowo. - kiwa głową z uśmiechem, nie robiąc sobie nic z mojej uwagi.
Choć to głupie i totalnie bezsensu, faktycznie jeansy nie znajdują się na wysokiej pozycji listy standardów naszego ubioru.
Powiedziałabym, że plasując się w hierarchii tych ostatnich miejsc. 
Wiem również, że wolałby, aby Nikolai chodził cały czas w garniturach tak jak on. Ale powiedzmy sobie prawdę w oczy. Na dłuższą metę jest to strasznie męczące. Poza tym, Nikolai ma dopiero piętnaście lat. Jest młody i nie zesztywniał jeszcze do reszty, żeby po całych dniach chodzić w ciuchach, które całkowicie uniemożliwiają mu jakiekolwiek ruchy.
-Sądzę, że wyglądasz super. - zarzucam rękę na jego plecy, a on obejmuje mnie w linii karku. Nie mam pojęcia kiedy tak bardzo urósł. Jeszcze nie dawno sięgał mi do bioder, a teraz jest wyższy ode mnie przynajmniej o głowę. Szczerze zdumiewa mnie ten widok.
-I jakie masz odczucia co do tych całych Eliminacji? - pyta po chwili. Zerkam na niego przelotnie.
-No wiesz, z radości nie skaczę. - komentuję. - Jestem trochę onieśmielona taką liczbą mężczyzn, którzy powiedzmy „są tu dla mnie”.
-Masz ku temu jakieś wątpliwości? - pyta, dociekając.
-A ty nie?
-Bo ja wiem? Myślę, że są tu w naprawdę dużej mierze właśnie dla ciebie. Widzieliśmy mnóstwo tych wszystkich księżniczek. Z całego świata. I choć jesteś moją siostrą i nie patrzę na ciebie w ten sposób, to i tak niewątpliwie jesteś najpiękniejsza z nich wszystkich.
Prycham.
-Mówisz tak tylko dlatego, bo jesteś moim bratem.
-No właśnie chyba nie. Wydaję mi się, że właśnie jako twój brat, i tak widzę cię o wiele brzydszą niż jesteś w rzeczywistości.
Wybucham śmiechem.
-To ma sens. 
-Po prostu nie myśl za dużo i wszystko jakoś samo przyjdzie.
-Kiedy mój braciszek stał się takim dobrym i inteligentnym doradcą?
-Chyba od momentu, w którym odkryłem istnienie jeansów. - mówi, kiwając głową, jakby to była faktycznie prawda.
-No to jak? Gotowy na walkę fortepianów? - pytam, unosząc walecznie brwi.
-Jasne. - mija mnie i teraz idzie tyłem, twarzą w moją stronę. - Nie mogę się doczekać, aż cię zmiażdżę Wasza Wysokość.
-Tak!? - mówię oburzona, ale jednocześnie ta sytuacja jak zwykle mnie rozbawia. Uwielbiam spędzać czas z moim bratem, bo potrafi mnie rozśmieszyć jak mało kto, i wiem, że choć jest najmłodszy z nas wszystkich, to pragnie się nami opiekować. Najbardziej pokazuje to teraz, kiedy zaczyna naprawdę szybko dorastać i z każdym dniem staje się coraz męższy. - Jeszcze zobaczymy kto będzie się śmiał ostatni. - zaczynam go gonić, kiedy mija nas szereg gwardzistów. Każdy z nich schyla głową w naszą stronę, ale moją uwagę przekłuwa tylko jedna z tych głów. 
Z Lucianem zerkamy na siebie przelotnie, przesyłając sobie sekundowe spojrzenie, które przekazuje wszystko.
Te niebieskie oczy, tak bardzo niebieskie, lodowato błękitne, patrzą na mnie, jakbym tylko ja mogła je rozgrzać. 
I ot tak, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki ten dzień staje się jeszcze lepszy.
  I nic nie jest w stanie go zepsuć.






Pierwsza kolacja w pałacu podczas Eliminacji ma odbyć się dokładnie za kwadrans. Nie miałam głowy do tego, aby wybierać suknię na tę okazję, więc pozwoliłam to za mnie zrobić moim pokojówkom. Jedyną uwagą, którą miałam to kolor.
Musiała być czarna.
Chciałam podkreślić, że ta okazja nie jest dla mnie aż tak radosna, iż mogłabym się pojawić w jakimkolwiek innym kolorze.
No i nie będę kłamać. Chciałam tym zrobić trochę na złość mojemu ojcu.
Wychodząc na korytarz, spotykam Nikolai i Matilde.
Moja siostra odziana w suknie w odcieniach złota i błękitu wygląda jak zwykle przepięknie. Od zawsze porównywałam ją do rajskiego ptaka. Jej aura zawsze na to pozwalała.
Można powiedzieć, że posiada wszystkie te atrybuty, które sprawiają że właśnie to porównanie tak bardzo do niej pasuje. Jest niesamowicie piękna, świeża, subtelna i niebywale delikatna.
Jednakże istnieje jedna cecha, której jak ptak, Matilda nie posiada.
Wolność.
Nikolai natomiast ma na sobie szary garnitur. Prezentuje się bardzo ładnie, dostojnie i z klasą, ale kiedy widzę jego minę, zgaduje, że wolałaby wrócić do swoich potarganych jeansów. 
Śmieję się, bo sądziłam, że zdążył się już przyzwyczaić do swojego rdzennego stroju.
-Gotowi na show? - pytam, zerkając kolejno po moim rodzeństwie.
-Piekielnie gotowi. - uśmiecha się Matilda, puszczając mi oczko.
-Oh, yeah. - potwierdza Nikolai z takim samym entuzjazmem.
Zza jednego zakrętu wyłania się Julian, natomiast zza drugiego mój ojciec i matka.
Narzeczony mojej siostry podchodzi do niej i całuje wierzch jej dłoni. Za każdym razem kiedy widzę ich razem, mam ochotę złapać Matildę za rękę i uciekać tak daleko jak się da.
Jeśli istnieje jakakolwiek para, w której nie widać cienia romantyzmu i fizycznego pociągu, to zdecydowanie jest nią tak dwójka.
Przykro mi, że Matilda nigdy nie miała okazji poczuć do mężczyzny tego, co ja czuję do Luciana. Przynajmniej wtedy wiedziałaby jak wygląda prawdziwa miłość i wychodząc za Julian’a, nie miałaby nic do pożałowania.
Po chwili spoglądam na mamę. Widzę jej czuły wzrok, który obdarza całą naszą trójkę.
Muszę przyznać, że pomimo swojego wieku, wygląda naprawdę znakomicie.
Wciąż ma nienaganna figurę, piękną twarz i równie wspaniałą aparycję.
Czasami mam wrażenie, że urodziła się właśnie po to, żeby być królową.
Tak samo jak mój ojciec.
Postawny, wysoki, o wzroku pewnym aczkolwiek nieco surowym.
Szybko daje po sobie rozpoznać, że jest teraz nieco rozdrażniony.
-Auroro. Co ty masz na sobie? - pyta mnie, obdarzając mnie bacznym spojrzeniem.
-Suknie. - mówię z oczywistością.
-Nie mogłaś wybrać weselszej barwy na tę okazję? - docieka.
-Czarny, to też kolor. - przyznaję.
-Ale nie dla księżniczki. - wzdycha, kręcąc głową. Zawsze tak robi, kiedy wykonuje ruch, który mu się nie podoba. Tym właśnie sposobem mnie za to karci, pokazując, że moje zachowanie jest warte polemizowania. 
-Daj już spokój Albercie. Nasze dzieci wyglądają wspaniale. Spędźmy ten wieczór w miłej atmosferze. Trzeba pokazać tym dżentelmenom, że jesteśmy zgodną rodziną.
Zgodną. Śmieję się w myślach.
Wiem, że moja mama zawsze stara si załagodzić każdą sytuację, ale akurat ten epitet jest raczej daleki od rzeczywistości, jaka panuje w naszym rodzice. 
-Oczywiście Isabello. Ruszajmy. 
Kiedy wchodzimy do Sali Wielkiej, dziesięć krzeseł jest już zauważalnie zajętych. Ich właściciele wstają w tym samym momencie, kiwając w naszą stronę głowami. Tata zajmuje pierwsze miejsce na końcu długiego, prostokątnego stołu, natomiast ja zajmuję drugie. Królowa zasiada po jednej stronie ojca, a zaraz obok niej zasiada Nikolai. Matilda natomiast lokuje się po jego drugiej stronie króla, a obok niej rozsiada się Julian. Zaś po mojej lewej stronie, siedzi pięciu kandydatów, a po drugiej kolejne pięć. 
Czuję się teraz nieco osaczona, bo w zasięgu ręki nie mam żadnej osoby, która należy do mojej rodziny. Cała czwórka siedzi na tyle daleko, że zaczyna doskwierać mi lekki niepokój.
Spoglądam na gwardzistów, którzy stoją pod ścianami sali, jednak nie zauważam wśród nich Luciana. Może gdybym miała świadomość, że przynamniej on tu jest i patrzy na mnie przez ten cały czas, czułabym się bardziej komfortowo. 
-Moi drodzy. - mój ojciec wstaje, biorąc do ręki kieliszek z winem. - Po raz kolejny chciałem was serdecznie powitać w naszym pałacu i wyrazić ogromną radość, że postanowiliście wziąć udział w Eliminacjach. Pragnę podkreślić, że w kandydaturze brało udział tysiące dżentelmenów Belavii. Wy jesteście najlepszą możliwą dziesiątką, jaką udało nam się wybrać. - uśmiecha się pogodnie, a w mojej głowie dźwięczy jedno hasło:
Nie nam, tylko tobie.
-Dwadzieścia pięć lat temu to ja dokonywałem swojego wyboru. - spoziera na mamę, muskając jej dłoń swoją. - Tym razem przyszedł czas na moją pierworodną córkę. - teraz zerka w moją stronę. - Dlatego też właśnie te Eliminacje są dla mnie szczególnie ważne. I właśnie dlatego pragnę wam podkreślić, jak wysoka jest ich stawka. Nie walczycie o byle jaką księżniczkę. Walczycie o moją córkę. Jedną z najważniejszych istot w moim życiu. Dlatego bądźcie dla siebie godnymi rywalami, ale bądźcie także przy tym dżentelmenami. Pamiętajcie, że najważniejszymi cechami u mężczyzny nie są tylko honor, potęga i siła. Ale przede wszystkim oddanie, opiekuńczość i lojalność. Dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć wam powodzenia i bycia dzielnym. Bo właśnie w tej sali, siedzi przyszły następca tronu oraz przyszły mąż mojej córki. Witaj, więc. Kimkolwiek jesteś.
Kolacja trwała ponad dwie godziny.
Mam wrażenie, że wszyscy zebrani w sali debatowali bez końca.
Rozmawialiśmy głównie o rodzinach kandydatów oraz ich samych.
Mój ojciec zadawał wiele pytań, a oni taktownie na nie odpowiadali.
Kilka razy złapałam Matildę, która wtrącała się w konwersacje i dodawała coś od siebie. Dzisiejszego wieczora uśmiechała się wyjątkowo często. 
Mnie natomiast najwięcej udało się porozmawiać z kandydatami, którzy siedzieli najbliżej mnie. 
Jednym z nich był Joshua Kinsley, niezwykle urodziwy i postawny mężczyzna o oczach koloru nieba, natomiast drugim był Cassius Elliston. Dojrzały i niebywale kulturalny dżentelmen, który mam wrażenie uwodził mnie na swój sposób za każdym razem, kiedy uśmiechał się w moją stronę. Joshua wspominał o swoim rodzie i jego zasobach, natomiast Cassius zawirował w temacie swoich pasji i kraju, z którego pochodzi jego matka.
Irlandia.
Nigdy nie miałam okazji odwiedzić tego miejsca, ale zdążyłam wyłapać z opowiadań Ellistona, był to piękny kraj, który zdecydowanie zasługiwał na wizytę. 
Wiedziałam, że po pierwszej kolacji, będę musiała zaprosić kogoś na spotkanie. 
Nie chcę użyć terminu „randka” bo w moim słowniku to zdecydowanie zbyt duże słowo, które nie zasługuje na miano tego, w czym będę brała udział. 
Ale po przemyśleniu sytuacji, dokładnie wiedziałam kto będzie pierwszą osobą, której przypadnie ten wspaniały „zaszczyt”. 
Dlatego kiedy kandydaci po kolei opuszczali Salę Wielką, podeszłam do Cassiusa z uśmiechem na ustach.
-Bardzo zainteresował mnie temat twojego kraju oraz wędrówek po górach, które tak bardzo lubisz. Może zechciałbyś jutro przed kolacją dotrzymać mi towarzystwa na spacerze w królewskim ogrodzie? 
Widząc jego zdumienie, a jednocześnie zadowolenie, wiedziałam jaka będzie jego odpowiedź. W zasadzie nie mogła być ona inna, jak pozytywna.
-Oczywiście wasza wysokość. Z przyjemnością do ciebie dołączę.
-Świetnie. W takim razie o siedemnastej przy frontowych drzwiach pałacu. 
-Będę na ciebie czekał. - kiwnął głową i zerkając jeszcze raz w moim kierunku, odszedł tak jak i reszta kandydatów, zostawiając mnie z przyśpieszonym oddechem.
Nie wiedzieć czemu, podejście do w zasadzie obcego mi człowieka z zaproszeniem na schadzkę było dla mnie dostatecznie trudne.
Myślałam, że potrafię stawić czoło wielu sytuacjom, ale jak widać relacje damsko-męskie nie znajdują się w pierwszej trójce tychże spraw.
To jeszcze bardziej upewniało mnie w przekonaniu, że jedynym mężczyzną, przy którym zawsze czułam się w pełni swobodnie jest Lucian.
I to nigdy się nie zmieni.

♕♕

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz