♕♕♕
AURORA
Jeszcze tydzień temu długo zastanawiałam się nad tym jak będą przebiegać Eliminacje. Byłam ciekawa pierwszych spojrzeń, pierwszych kolacji, pierwszych spotkań i pierwszych rozmów. Dumałam nad tym, czy faktycznie podołam temu wszystkiemu nie tylko jako księżniczka, ale jako ja.
Aurora.
Kiedy praktycznie przez całe swoje życie nie masz bezpośrednio kontaktu z żadnym mężczyzną, a nagle jesteś zmuszona gościć w swoim domu dziesięciu takowych mężczyzn i dodatkowo szukać wśród nich męża, to wydaje się być bardzo trudne. I do tej pory wiedziałam, że tak jest.
Ale ku mojemu zaskoczenie, spotkanie z Cassius’em przepływa na tyle przyjemnie, że moja głowa w końcu ma szansę na reset.
Nie myślę o tym co dobre i słuszne. Nie muszę udawać przykładnej księżniczki, która podejmuje tylko odpowiednie wybory. Właściwie, przy Cassius’u po prostu nią jestem.
I choć wydawało mi się, że spotkania z kandydatami to będzie dla mnie prawdziwa męczarnia, Elliston z minuty na minutę pokazuje mi, jak bardzo się myliłam.
-Mam naprawdę bardzo dużą rodzinę. - szatyn odpowiada mi na pytanie dotyczące jego rodu.
-Opowiedz mi o niej. - uśmiecham się zachęcająco.
Krocząc przez ogród pałacu, wdycham świeże powietrze. Czuję wspaniałą woń wrzosów, goździków i konwalii. Drzewa wiśni wspaniale kontrastują z tłem zachodzącego słońca. Idealnie przystrzyżone krzewy wyglądające niczym zielone kopuły sprawiają wrażenie, że można byłoby się w nich schować i nigdy nie wychodzić.
Po prostu być i rozkoszować się widokiem mijających dni.
To właśnie ogród jest takim miejscem w pałacu, które ubóstwiam najbardziej.
I chyba Cassius zdążył to już zauważyć.
-Mam dwóch młodszych braci i dwie siostry. Jestem najstarszy z całego rodzeństwa. - patrzy na mnie z dumą. - Czasami bywa to wyczerpujące, bo to na mnie spada odpowiedzialność opieki. I choć wszyscy są już dorośli, to jednak wciąż siedzi we mnie swego rodzaju instynkt ojcowski. Sam nie wiem dlaczego.
-Wiem co masz na myśli. - przyznaję. - Mam tak samo. Wydaję mi się, że za kilkanaście lat, kiedy Matilda i Nikolai będą mieć już swoje własne rodziny, ja wciąż będę się o nich martwić tak samo jak teraz. Chyba już taka rola starszego rodzeństwa. - uśmiecham się. - Skoro jest was piątka, w domu musieliście mieć świetną zabawę.
-Tak, cóż, bywało różnie. Wszyscy jesteśmy silnymi osobowościami. Czasami nam to przeszkadza. Nie kłócimy się jakoś często, ale kiedy już nastaje ta chwila, bywa bardzo intensywnie. - śmieję się na te słowa.
-Chciałabym mieć tyle rodzeństwa. Może wtedy nie musiałabym… - brać udziału w Eliminacjach, pragnę powiedzieć ale w odpowiedniej chwili gryzę się w język. - Być najstarsza. I mieć na sobie ten śmieszny obowiązek opieki nad młodszym rodzeństwem o którym przed chwilą wspominaliśmy.
-Tak. Bywa ciężko, ale z jednej strony to przyjemne uczucie. Być dla nich autorytetem.
-To prawda. - zgadzam się. - A co z waszymi rodzicami?
-Moja mama zachorowała i odeszła od nas czternaście lat temu. Natalie, najmłodsza z nas, miała wtedy trzy latka.
-Bardzo mi przykro. - zasmucam się. - To musiało być bardzo ciężkie.
-Było. - odzywa się. - Byłem wtedy piętnastoletnim chłopcem, który nie był w pełni gotowy na całkowite usamodzielnienie. Mój ojciec dużo pracował, więc praktycznie byliśmy zdani sami na siebie. Oczywiście mieliśmy mnóstwo opiekunek, ale to nie to samo. Kiedy odchodzi matka, ma się wrażenie, że świat już nigdy nie będzie taki sam. Że ta jedyna ciepła dłoń, która była z tobą na dobre i złe, już nigdy nie powróci. Chyba to przytłaczało mnie wtedy najbardziej. Poza tym ciężko było mi patrzeć na resztę rodzeństwa. Byli jeszcze dziećmi, którzy stracili matkę tak wcześnie. Dlatego od tej pory starałem się pełnić dla nich funkcję obu rodziców.
-Jesteś bardzo dzielny. - zatrzymuję się na chwilę, chwytając jego dłoń w swoje. - I niesamowicie ciepły i oddany. Jestem pewna, że niewielu odważyłoby się na tak wspaniały gest. Podarowałeś swojemu rodzeństwu coś bezcennego. Myślę, że bardzo cię za to kochają.
-Dziękuję wasza wysokość. To niezwykle przyjemne usłyszeć takie słowa. Ale proszę… - wskazuje dłonią trasę przed nami, zachęcając do dalszej wędrówki. - Opowiedz mi o swoich pasjach.
Uśmiecham się pod nosem.
-Muzyka jest moją największą pasją. Czasami mam wrażenie, że kompletnie się w niej zatracam. Wtedy jestem w swoim świecie.
-Śpiewasz?
-Tak. Gram też na kilku instrumentach. Chyba tylko w ten sposób jestem w stanie wyrazić stu procentową siebie. To co czuję, co mi chodzi po głowie… Co mnie martwi, a co cieszy. To jak prezent, z którego mogę korzystać bez limitu wyczerpania.
-Ciekawe. - mówi z uznaniem, jakby się nad czymś zastanawiał. Po chwili ten wyraz twarzy zastępuje uśmiech i swego rodzaju szacunek. - To dla mnie dodatkowa motywacja. Chciałbym mieć szansę zaszczytu doświadczenia twoich uzdolnień.
-Miejmy nadzieję, że będziesz takową miał.
-Miejmy nadzieję.
Valerie dołącza do mnie przy obiedzie. Cieszę się, że mogę ją zobaczyć, ponieważ przez ostatni tydzień miałam na głowię tak dużo, że mam ochotę wyrzucić to w końcu z siebie, a moja przyjaciółka zdaje się być doskonałą kandydatką na stanowisko słuchacza.
-Jestem wdzięczna, że mnie odwiedziłaś. - przytulam ją ciepło, wyrażając tęsknotę.
-Wiem, przepraszam, że nie przyjechałam wcześniej. Ojciec jak zwykle wrobił mnie w papierkową robotę. Nienawidzę tego. - mówi nieco zirytowana, ale po chwili jej wraz twarzy zmienia się na bardziej optymistyczny. -Dobrze, mów. - uśmiecha się podekscytowana.
Taka jest właśnie Valerie. Wściekła przez sekundę, wesoła przez resztę życia. Za to ją uwielbiam. Że cokolwiek złego by się nie działo, zawsze potrafi znaleźć pozytywy. W dosłownie każdej sytuacji. Tą postawą zawsze mnie podnosiła na duchu. Tak samo wzorowo zachowała się przed Eliminacjami. Dała mi tak dużo przychylnych i obiecujących powodów, dotyczących ich przebiegu, że wręcz mimowolnie przestałam myśleć o negatywnych stronach. I teraz widzę, że powoli się nawet do tego przekonuję.
Nie do tego, że faktycznie znajdę męża, ale do tego, że te całe zawody odbędą się jednak w przyjemniejszy sposób niż myślałam i faktycznie będę mogła z nich czerpać nutkę przyjemności i zabawy.
-Jest dobrze. - zaczynam. - Byłam już na dwóch randkach. - mówię dumnie, jakby to było coś, co warto podziwiać.
Przedwczorajsza randka z Cassius’em była wspaniała, natomiast wczoraj miałam okazję spotkać się z kolejnym kandydatem, na którego wpadłam przez przypadek w bibliotece. Roman Braxton sam zainicjował naszą „randkę”, co bardzo mi się podobało. Myślałam, że przez najbliższe dni to ja będę musiała zapraszać wszystkich na prywatne spotkania, ale ucieszyło mnie, że w końcu ktoś inny wpadł na ten pomysł. Tak jak w przypadku Cassius’a, dowiedziałam się wiele o rodzinie Roman’a, a także o jego zainteresowaniach i planach na przyszłość. Pod wieloma względami obie te postacie są do siebie podobne, ale nie skłamię jeśli powiem, że to randką z Elliston’em podobała mi się ciut bardziej.
-I jak!? Chcę wiedzieć wszystko.
-Było bardzo przyjemnie. Obaj panowie są niezwykle urokliwi i ciekawi. No i mam już pierwszych faworytów, to zawsze coś. - odpowiadam, wzruszając ramionami.
-Kurczę, to świetnie że tak szybko poszło. Myślałam, że trochę minie zanim będziecie spotykać się sam na sam.
-Ja również. I szczerze powiedziawszy boję się tych pierwszych Eliminacji.
-Dlaczego?
-Z jakiegoś powodu mam wrażenie, że nie każdy zdąży się w pełni otworzyć. Cieszę się, że za trzy dni nie będę musiała nikogo eliminować. To byłoby zbyt trudne.
-A mnie wydaję się, że to byłoby obrzydliwie łatwe. Wiesz dlaczego? - pyta, a ja patrzę na nią głodna wiedzy. - Bo nie znasz ich jeszcze na tyle dobrze, żeby rozpaczać z powodu pożegnania. Schody zaczną się później. Wydaję mi się, że przy ostatniej piątce będziesz miała już naprawdę ciężki orzech do zgryzienia.
Kiedy Valerie o tym mówi, uświadamiam sobie, że ma rację. Z tygodnia na tydzień będzie tylko gorzej. I choć nie powinnam się tym przejmować, bo w końcu na finał Eliminacji mam zupełnie inny plan niż wszyscy się spodziewają, to jednak chcąc nie chcąc, będą poznawać tych mężczyzn coraz bardziej i bliżej. Jestem pewna, że w jakiś sposób zawrę wiele przyjaźni, którym ostatecznie będę musiała powiedzieć NIE. Na samą myśl ściska mnie w żołądku, i już nie wiem czy to przez stres czy te zabójczo pachnące kalmary w cieście, które właśnie konsumuję.
-Chodź. - biorę Valerie za rękę, zmieniając temat. Prowadzę ją do ogromnego okna w Sali Wielkiej, przez które z zaciekawieniem wyglądamy.
Mamy okazję dostrzec dziesięciu kandydatów, którzy na obszernym zielonym polu grają w tej chwili w krykieta.
Wszyscy prezentują się nienagannie i ubrani są na biało. Białe spodnie, białe buty, białe czapki z daszkiem oraz białe polówki, które u wielu z nich odsłaniają pokaźne mięśnie ramion.
Słyszę jedynie westchnięcie Valerie.
-Jacyż oni są przystojni. Żałuję, że nie jestem tobą.
Wybucham śmiechem i pozwalam sobie na sekundę myśli o tym, że ja tego nie żałuję i w prawdzie cieszę się, iż to ja mam możliwość wyboru między nimi.
-Pomyśleć, że któryś z nich zostanie twoim mężem. - po tych słowach wracam do rzeczywistości i zaczynam myśleć o Lucian’ie. To właśnie on jest najlepszym wyborem na mojego męża. I tylko ten wybór aprobuję. Jestem pewna, że gdyby założył jeden z tych grzecznych sportowych mundurków, którzy oni mają właśnie na sobie, pod względem budowy ciała i aparycji, powaliłby ich wszystkich na łopatki.
Przez chwilę wyobrażam go sobie na boisku, zachwycając się w duchu jego blichtrem.
-Chyba tobie też się podobają. - Valerie wyrywa mnie z transu, śmiejąc się z mojej miny.
-Cóż mogę powiedzieć. - wzruszam ramionami. - Szczęściara ze mnie.
Odpowiadam aprobująco, wciąż ukrywając w sobie jedyny sekret, który trzymam przed Valerie w ukryciu.
Sekret, o którym jeszcze nie wiem, że pewnego dnia tak bardzo zmieni nasze życia.
♕♕♕


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz