AURORA
Przyjęcia u rodziny LuPone charakteryzują się niesłychanym szykiem, elegancją i luksusem. Zdecydowanie można by je porównać do wielorakich uroczystości, jakie są organizowane w królestwie.
Nie można się temu dziwić.
LuPone to jedna z najzamożniejszych rodów w naszym kraju i nie pozwala sobie na jakiekolwiek pomyłki czy niedociągnięcia.
Nasze klany są związane ze sobą niemalże od pokoleń. Szczerze powiedziawszy nie pamiętam, z którego dziada pradziada zaczęła się ta jedna wielka przyjaźń, ale mój ojciec jak i lord LuPone postanowili kontynuować tę tradycję.
Nie jestem pewna czy ja i moje rodzeństwo weźmiemy z nich przykład.
Dlaczego?
O tym może troszkę później.
Ja i moja rodzina podjeżdżamy pod mini pałac jak zwykłe w długiej, czarnej limuzynie. Można powiedzieć, że to nasz najczęściej używany „służbowy” pojazd.
Willa państwa LuPone jest ewidentnie jedną z najbardziej modernistycznych i zapierających dech w piersi posiadłości na terenie Belavii. Jest tak samo zachwycająca odkąd ją pamiętam. Już od najmłodszych lat ja, moje rodzeństwo i nasi rodzice byliśmy tu stałymi gośćmi. Ale część wizualna to zupełnie coś innego niż doznania, które zazwyczaj towarzyszyły mi przebywając w owym miejscu.
-Dziewczęta, tak jak się umawialiśmy. Szczere uśmiechy i nienaganna prezencja. - odzywa się nasz ojciec, chwilę przed tym, zanim mamy finalnie wysiąść.
-Uśmiechy mogę zagwarantować, ale na pewno nie będą one szczere. - odzywam się jak zwykle pierwsza z rzędu. Matilda i Nikolai rzadko sprzeciwiają się ojcu. Ja kilka lat temu również nie miałam ku temu odwagi, ale w końcu nadszedł czas, że zaczęła mi najzwyczajniej w świecie przeszkadzać perspektywa jego oczekiwań w stosunku do nas. Wydaję mi się, że moje rodzeństwo przyzwyczaiło się do tego, że za każdym razem kiedy ojciec wymaga od nas czegoś, co niekoniecznie jest nam na rękę, to Aurora na pewno się odezwie. Kto, jak nie ona?
Jednak nie mam im tego za złe i w pełni to rozumiem. Nikolai jest jeszcze młody, a Matilda nigdy nie była nad wyraz otwartą czy konfliktową osobą i machała ręką nawet wtedy, gdy coś nie było po jej myśli. Ja jednak nie jestem w stanie sobie na to pozwolić. Skoro mam być przyszłą królową, powinnam od samego początku stawiać odpowiednie granice. I choć wiem, że król wciąż pozostaje królem, to jednak w międzyczasie jest również moim ojcem i sam powinien doskonale wiedzieć, że ograniczanie swoich dzieci nie należy do jego głównych obowiązków.
-Jest i ona. Jak zwykle odzywa się nieproszona. Wieczór byłby stracony gdybyś nie dołożyła swoich pięciu groszy, nieprawdaż Auroro? - król patrzy na mnie jak na zbrodniarza, a ja jedynie przewracam oczami. Zdążyłam się już do tego przyzwyczaić.
-Albercie, nie zaczynaj. - mówi mama.
-Nie zaczynaj? Wszyscy dobrze wiemy, kto zawsze zaczyna te dziecinne harce. Chyba nie proszę o zbyt wiele, prawda?
-Po prostu nie wiem dlaczego się tak przejmujesz. O ile się nie mylę, to ty jesteś królem i to my należymy do królestwa. Nie państwo LuPone. - komentuję. -A ty tak bardzo przejmujesz się zdaniem Lorda i okazujesz się być tak wielkim egoistą, że obojętne jest ci to, czy twoja rodzina czuje się komfortowo wśród tych nadętych snobów. - wybucham.
Kiedy zerkam na Matildę i jej zdziwiony, a zarazem lekko przerażony wzrok, wiem, że przesadziłam. Julian siedzi sztywno tuż obok niej i tym razem jestem mu wdzięczna, że nie wtrąca się do rodzinnej rozmowy, jak to ma często w zwyczaju. Matka zamyka oczy, wzdychając ciężko, a Nikolai patrzy w okno, pozostając w błogiej nostalgii. Chciałabym móc się z nim zamienić teraz miejscami.
-Dość tego młoda damo. Przez najbliższy tydzień nie chcę cię widzieć na kolacji. Wymyśl proszę co powiesz swoim kandydatom. Jestem pewny, że przyczynisz się tym samym do wielu plotek. Może niektórzy z nich przejrzą na oczy i zdadzą sobie sprawę, że pomimo, iż jesteś przyszłą królową, to jednak nie mają ochoty spędzić reszty życia w towarzystwie pseudo dorosłej ignorantki.
Patrzę na niego poruszonym wzrokiem.
Jego słowa zawsze dotykają mnie podwójnie.
Czasami zastanawiam się ile jestem jeszcze w stanie wytrzymać i czy kiedykolwiek poznam odpowiedź na to pytanie.
Z przyklejonymi uśmiechamy wysiadamy z limuzyny, posłusznie pozdrawiając tłum, który nas wita. A za każde skinienie i dźwięk „waszej wysokości” mam ochotę zniknąć i nigdy więcej już nie wracać.
Wnętrze willi państwa LuPone jest połączeniem modernizmu z architekturą barokową. Idealnie dopasowane kolorystycznie, nowoczesne umeblowanie nadają temu miejscu ciepłą aurę. Pierwszy salon jest wielkości małego boiska do rugby, a w swoim funduszu ma do zaoferowania dużą część wypoczynkową, mini bar oraz plazmowe telewizory umiejscowione na każdej z czterech ścian. Można stąd także podziwiać wyjście na taras i ogromnych rozmiarów basen. Drugi salon natomiast pozostaje w tonacji mniej nowoczesnej ale równie eleganckiej i ponadczasowej. Można tu podziwiać dziesiątki starożytny dzieł malarskich oraz pojedyncze, oryginalne rzeźby, które rodzina LuPone kolekcjonuje od zarania dziejów. Jednakże najbardziej pożądanym zajęciem w tejże części budynku jest relaks i możność zajęcia miejsca przy potężnym stole do ruletki, który często również służy do gry w pokera. Panowie zazwyczaj zasiadają do niego w pojedynkę, rozkoszując się cygarem i kieliszkiem brandy kiedy w między czasie ich żony zajmują salon numer jeden i w towarzystwie kolorowych drinków decydują się na plotkowanie i wyciąganie brudów, które miały miejsce minionego tygodnia w Belavii.
-No to ładnie dzisiaj poleciałaś, siostro. - Nikolai pojawia się obok mnie, a w jego ręku spoczywa kieliszek wypełniony po brzegi jak mniemam sokiem winogronowym - jego ulubionym napojem.
-Myślałam, że nie słuchałeś.
-Oh, słuchałem. Zawsze słucham. Po prostu nie chciałem ci pokazać jak bardzo ci dopinguję bo jeszcze bardziej byś w to brnęła. Jestem pewny, że nietęgie miny Matildy i naszej matki dostatecznie przywróciły cię do pionu.
Prycham.
-To prawda. Nienawidzę tego.
-Czego dokładnie?
-Że zawsze kiedy się z nim kłócę, jestem w ty sama. Nikt się za mną nie wstawia. Nikt mi nie przyznaje racji. - wzdycham. - A przecież wszyscy wiemy, że tak jest. - wzruszam ramionami. - Ciebie nie winię. - czochram go po włosach. - Jesteś jeszcze naszym małym braciszkiem.
-Po pierwsze nie małym, a po drugie to nie prawda, że nikt się za tobą nie wstawia. Sama wiesz ile razy nasza matka darła z ojcem koty za ciebie. I cóż, doceniamy z Matildą to, że zawsze potrafisz się odezwać nawet jeśli robisz to w naszym imieniu, ale nie zawsze masz rację, Auroro. - kiedy mam ochotę się odezwać, zatrzymuje mnie skinieniem ręki. - To wspaniałe, że mówisz to co ci leży na sercu, ale czasem niektóre rzeczy warto po prostu przemilczeć i zachować je w sobie. I cóż… Dać czas tym, którzy popełniają błędy, aż zaczną je w końcu dostrzegać. Uwierz, że to o wiele lepsze wyjście niż stałe kłótnie, które nie mają prawa się dobrze skończyć.
Uśmiecham się w jego stronę, opatulając ramieniem.
-Wiesz, że masz więcej rozumu niż reszta twojej szalonej rodzinki razem wzięta?
-Wiem. Dlatego tak jak powiedziałem, zachowuję to w sobie i daję wam czas. Pewnego dnia zrozumiecie, że jestem jedyną, trzeźwo myślącą osobą tego rodu i będziecie mnie sławić ponad niebiosa.
-Tak myślałam. - kiwam głową. - Mądry, ale z wybujałą wyobraźnią.
Śmiejemy się, kiedy dołącza do nas Matilda.
-Jeśli jeszcze raz któryś z tych starych, nowobogackich dżentelmenów zaprosi mnie na brydża, przysięgam, że wybuchnę tak samo jak Aurora.
-Taaa. Wybuchająca Matilda. Nie uwierzę, aż nie zobaczę. - kpi Nikolai, na co chichoczę. Tak, w tej kwestii również przyznaję mu rację.
-Mówię poważnie. To zupełnie niestosowne i całkowicie odrażające.
-Hej, a gdzie twój narzeczony? - zagaduje mój brat.
-Ja… - jąka się. - Nie wiem. Straciłam go z oczu.
-Powinien cię obronić przed bandą tych bezwstydników. - odpowiadam, na co Nikolai kiwa głową, przybijając mi piątkę.
-To nie jest koniecznie. Potrafię poradzić sobie sa… - nie jest jej dane dokończyć, ponieważ przed naszymi oczami wyrastają oni. Niczym trujący bluszcz gotowi, uprzykrzać nam życie raz po raz. I tak w kółko. Zupełnie jak za starych lat.
-Proszę, proszę, proszę. Czyż to nie rodzeństwo marnotrawne? - Jonathan LuPone, albo jak ja mam go w zwyczaju nazywać - emocjonalny wampir, który podpisał pakt z diabłem, uśmiecha się w naszym kierunku przesyłając tym samym nutkę pogardy i niemoralnej bezczelności.
-O ile pamiętam, istniała jedynie taka postać jak Syn Marnotrawny. Nie przywołuj więc przypowieści jeśli nie byłeś jej nawet w stanie przeczytać. - odzywam się, z równie kpiącym uśmieszkiem.
-Oh, czytałem, uwierz. Dlatego identyfikuję ją z wami. Głównie z tobą. Przepraszam, chyba, że mój ojciec też skarży się na mnie za każdym razem gdy cię widzi?
-Bezczelny. - kpię, patrząc na niego spod przymrużonych powiek, a kiedy robię krok na przód, w celu sama nie wiem czego, bo przecież nie pobicia, powstrzymuje mnie wypielęgnowana dłoń Caeli LuPone, mojej drugiej ulubienicy z tejże urokliwej rodziny.
-Spokojnie jadowita królowo. Chyba nie chcesz narobić ojcu wstydu, prawda?
-Czy kiedykolwiek wam się to znudzi? - odzywa się Matilda. - Raz na zawsze odczepcie się od nas i naszego ojca.
-Oh, z wielką przyjemnością. Tyle, że my ubóstwiamy waszego ojca. Tak samo, jak on ubóstwia nas. - kontynuuje Jonathan. - Ale cóż poradzić, prawda? Dzieci się nie wybiera.
-Przysięgam, że jeśli jeszcze raz… - zaczynam, ale tym razem przerywa ktoś mnie. Dove LuPone zjawia się tuż obok swoich uroczych pociech z nietęgą miną.
-Przepraszam was moi drodzy. Czy moje dzieci wciąż bawią się w niewychowanych smarkaczy i mają czelność mówić coś niestosownego? - razi wzrokiem Jonathan’a i Caelia’e, po czym uśmiecha się do nas szczerze.
-Nic podobnego Pani LuPone. - odzywa się Matilda, przybierając podobny wyraz twarzy. - Przyszli się tylko przywitać. - odpowiada, i gdybym tylko mogła, nadepnęłabym jej na stopę, dając jej znać, że zupełnie niepotrzebnie kryje tą bandę rozpieszczonych osiłków. Ale w duchu wiem, że zachowuje się odpowiednio, a ja popsułabym tym zachowaniem dobre imię ojca. Dlatego czasami przywykam do myśli, że moja siostra byłaby zdecydowanie lepszą królową ode mnie.
-Oh, to szalenie rycerskie z twojej strony, ale nie musisz mi mydlić oczu, Matildo. Wiem, na co stać moje dzieci. Brak taktu i chamstwo odziedziczyli po swoim ojcu. - wzdycha, po czym znów skupia uwagę na naszej trójce. - Wyglądacie wspaniale moi drodzy. Jesteśmy szczerze podekscytowani, że zaszczyciliście nas swoją obecnością.
-Miło jest do Pani wracać, Pani LuPone. - specjalnie podkreślam słowo Pani, żeby pozostała dwójka nie myślała sobie, że kiedykolwiek było mi miło wracać do nich.
Nigdy w życiu.
-Dziękuję, Auroro. To nadzwyczaj miłe. Powiedz mi moja droga, jak idą Eliminacje? - Dove bierze mnie za ramię i ciągnie kilka metrów dalej. Jestem w stanie stwierdzić, że tym gestem namawia mnie do intymnej rozmowy. Nie mam nic przeciwko, bo ta kobieta to prawdziwy skarb i od zawsze pałałam do niej ogromną sympatią, zresztą tak samo jak ona do mnie. Cóż. Dzieci się nie wybiera.
-Bardzo dobrze. - uśmiecham się. - Na razie stopniowo poznaje kandydatów, wydaję mi się, że powoli się klimatyzują w pałacu.
-Oh, na pewno. Ostatni biuletyn oglądałam z naprawdę wielkim podekscytowaniem. Każdy z tych młodzieńców jest ponad przeciętnie przystojny, nie żartuję. - obie chichoczemy na te słowa.
-To prawda, są wspaniali. I bardzo mili.
-Masz już swojego ulubieńca? - pyta, mrugając do mnie okiem. Na słowo „ulubieniec” w mojej głowie pojawia się tylko jedna osoba i jest to Lucian. Ale on ani nie należy do kandydatów Eliminacji ani nie jest kimś, o kim mogłabym komukolwiek powiedzieć. Nawet pani LuPone.
-Szczerze powiedziawszy jeszcze nie zdążyłam poznać ich na tyle dobrze, więc daję wszystkim równe szanse.
-To bardzo rozsądne. Nie warto ponieść się chwili emocji, bo później możesz tego żałować przez całe życie. - wzdycha i przez jedną sekundę widzę smutek na jej twarzy, ale znika on tak samo szybko, a na jego miejsce znów wstępuję ten sam, łagodny uśmiech. - W każdym razie wiedz, że życzę ci jak najlepiej. Mam nadzieję, że znajdziesz kogoś wspaniałego. I nie musi być to idealny kandydat na króla. - bierze moje dłonie w swoje. - Ważne, żeby był idealnym kandydatem dla ciebie.
W drodze do toalety mijam masę osób, które zatrzymują mnie skinieniem. Kilku z nich udaje się również zaczarować mnie krótką pogadanką, co zdecydowanie nie pomaga mojemu pęcherzowi. W takich chwilach mam ochotę powiedzieć, że są sprawy ważne i ważniejsze.
Trafiam na niedomknięte drzwi i kiedy myślę, że to miejsce zbawienia, przed wejściem powstrzymują mnie jedynie ciche rozmowy.
I tak dostrzegam mojego ojca i lorda LuPone. Stoją na przeciwko siebie i z uśmiechami na ustach sączą kryształowo złocistą brandy.
-Mamy umowę? - mój ojciec zwraca się do Roberta. Wychyla swoją dłoń, którą jego towarzysz automatycznie chwyta.
-Albercie… Wróżę nam wspaniałą przyszłość.
Czas mija nieubłaganie, a ja tylko liczę minuty do zakończenia tego nużącego i pełnego jadu spotkania. Ostatnie chwile mijają mi w towarzystwie bliźniaczek Molier - Sandy i Mandy. Głównie wsłuchuję się w ich monolog na temat uprawiania kukurydzy, szorowania koni oraz wspaniałości ich narzeczonych. Bliźniaków. Severus’s i Morus’a. Stwierdzam, że nawet nie muszę ich znać, żeby doskonale wiedzieć, że są idealnymi kandydatami dla panienek Molier.
O krok od wybuchu czaszki ratuje mnie, bądź też i nie, stukot mosiężnego noża o kryształowy kieliszek. Wszystkie spojrzenia wędrują w jedno miejsce. Mianowicie na niebanalny podest, który mieści się przy salonie numer jeden, obok wyjścia na taras.
Tam, w swojej odsłonie pojawia się jedyny i niepowtarzalny Jonathan LuPone.
I gdybym go nie znała, mogłabym pomyśleć, że ten udawany uśmiech jest całkiem uroczy, a piekielnie złe oczy tak naprawdę są oczami potulnego baranka, ale nic bardziej mylnego moi drodzy. Nie dajcie się na to nabrać.
-Um, witam serdecznie! Cieszę się, że mój ojciec dał mi szansę głosu. Tak w ogóle, straszna z niego gaduła, prawda? - dowcipkuje nonszalancko, a wszystkie tutejsze twarze zdobi teraz zachwycający uśmiech. Szczerze powiedziawszy - robi mi się nie dobrze.
-Korzystając z okazji, chciałbym wszystkim gorąco podziękować za obecność. Cieszymy się, że możemy was gościć na naszej kolejnej uroczystości. Bez was willa LuPone nie jest już tak pełna i charyzmatyczna. Szczególnie pragnąłbym z tego miejsca podziękować rodzinie królewskiej. - Jonathan wznosi kieliszek. Patrzy najpierw na mojego ojca, a później szuka czegoś wśród dorodnego tłumu. Kiedy jego wzrok zatrzymuje się na mnie, już dokładnie wiem czego szukał. - To zaszczyt móc się z wami spotykać w takich okolicznościach. W imieniu moim, jak i mojego ojca, jestem niesamowicie dumny, że podtrzymujemy naszą rodzinną tradycję i ta przyjaźń, która rodzi się od wielu pokoleń pomiędzy naszymi dynastiami wciąż trwa. I jest silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. No i nie byłbym sobą, gdybym nie pogratulował księżniczce Aurorze. Więc pozwolę sobie to zrobić w imieniu całego kraju. To niesłychana chluba móc być świadkiem wyboru przyszłego króla. Cieszymy się, że możemy w tym w jakiś sposób uczestniczyć. - uśmiecha się promiennie, i mając świadomość, że w tym momencie ja również jestem obserwowana, dubluję jego gest. - Żałuję jednak, że sam nie mam możliwości być jednym z kandydatów. Myślę, że bym cię nie zawiódł. - słyszę westchnienia. Te wszystkie ohy i ahy, i doskonale zdaję sobie sprawę, że jego intencje były zamierzone. Ale nic z tego mój drogi Jonathan’ie. To zdecydowanie nie twój czas. - No cóż… Może kiedyś. - kończy swoją myśl, podnosząc kieliszek jeszcze wyżej. - Wypijmy za naszych wspaniałych gości.
Wysyłam sms’a do Lucian’a. Dochodzi druga w nocy i nie mam zamiaru rezygnować z moich intencji. Potrzebuję czegoś, co ugasi moje emocje i to ogromne napięcie, które towarzyszy mi praktycznie od samego rana. Stoję koło okna w moim szlafroku czekając na jego przyjście. Mam wrażenie, że płonę.
-Aurora? - wchodzi do mojego pokoju, szybko zamykając za sobą drzwi. - Jest strasznie późno, o co chodzi?
Uśmiecham się pod nosem, mając nadzieję, że światło księżyca pada na moją twarz. Patrzę na Luciana bez skrępowania, gdy rozwiązuję szlafrok i rzucam go w jego kierunku. Zostaję jedynie w czarnym prześwitującym body, mając nadzieję, że to podziała na jego zmysły. Puszczam do niego oko i widzę jak kąciki jego ust nieznacznie się unoszą, podczas gdy spojrzeniem bezwstydnie taksuje moje ciało.
Nawet z tej odległości potrafię dostrzec żar w jego szmaragdowych oczach.
Uwielbiam to uczucie, gdy na mnie patrzy.
Jęczy cicho, kiedy do mnie podchodzi.
-Nie jestem na służbie. - doskonale o tym wiem. Właśnie dlatego go tu ściągnęłam. Dawno nie widziałam go w domowym ubraniu. Biała koszulka i ciemne spodnie wspaniale podkreślają jego ciało, i choć uwielbiam go w mundurze, to w tej wersji podoba mi się najbardziej. - A to oznacza, że jeśli ktokolwiek by nas teraz przyłapał, jestem martwy.
-Jeśli ty, to i ja też. - uśmiecham się zalotnie, po czym zbliżam się do jego ust. Błądzę językiem po jego wargach a on momentalnie bierze go w posiadanie. Trzyma mnie za biodra i przyciąga do siebie, więc trudno mi nie poczuć jego podniecenia.
Kolejna fala żaru rozchodzi się pomiędzy moimi udami.
Ściągam z niego koszulkę i rozpinam guzik spodni. Moja dłoń wędruję do jego bokserek, gdzie spotykam się z jego przyrodzeniem. Energicznymi ruchami kołyszę go w ręce, a słysząc jego dyszenie, mam wrażenie, że dosięgam bram nieba.
Wzdycham wspaniały zapach świeżości i lasu, który zawsze będzie mi o nim przypominał. Chcę zapamiętać każdą chwilę, ponieważ nikt nigdy nie sprawi, że będę się czuła tak, jak teraz przy Lucianie.
Słyszę syk na sekundę przed tym, jak dłonie Luciana dotykają moich pośladków. Jego palce szybko przenoszą się na moje plecy, by przyciągnąć mnie jeszcze bliżej. Czuję, jak jego serce bije tuż przy moim, kiedy liże moją dolną wargę.
Po chwili odwracam się od niego tak, że stoję twarzą do okna.
Chwytam jego dłoń i prowadzę ją do zagłębienia moich ud. Kieruję jego palce w najbardziej wrażliwe miejsca i dyryguję nim, aby spełnił moje upalne żądzę.
Jęczę, kiedy jego palce zanurzają się i rytmicznie balansują w moim wnętrzu.
-Weź mnie od tyłu. - wzdycham mu do ucha.
Na spełnienie mojej prośby nie muszę czekać długo.
Lucian przeciąga dłońmi po moich plecach, wypinając mój tyłek jeszcze bliżej niego. Jeszcze przez chwilę czuję, jak jego wilgotny palec penetruje mnie dogłębnie, lecz po chwili jest on zastąpiony przez coś o wiele większego i grubszego.
Jęczę mimowolnie, odchylając głowę do tyłu.
Jedna ręka Luciana pieści moją pierś, a druga podtrzymuje moje biodro.
-Wiesz, jak oszałamiająca jesteś? - szepce mi do ucha.
-Mocniej. - odpowiadam, pełna wigoru i podniecenia. I wtedy oboje zaczynamy poruszać się szybciej. Jego pchnięcia stają się silniejsze i głębsze i mam wrażenie, że rośnie we mnie jeszcze bardziej.
Na chwilę otwieram oczy, patrząc na ciemne, gwieździste niebo, zadowolona z chwili, która trwa i nieświadoma momentów, które mają dopiero nadejść.
***



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz